|
Bumek to skrót od określenia bury miś. Tak właśnie wyglądam. Mam bure futerko, jestem nieduży, jedno ucho mam trochę większe od drugiego, oko też i pewnie dlatego tak długo czekałem w sklepie z zabawkami aż ktoś mnie weźmie do siebie. Nie jestem przecież ani różowy, ani puszysty, nie mam czerwonej czapeczki i szalika. Czekałem więc, czekałem, aż się doczekałem. Pewnego pochmurnego, listopadowego dnia do sklepu weszła nieduża jasnowłosa dziewczynka. Uważnie rozejrzała się po sklepowych półkach i jej wzrok zatrzymał się od razu na mnie. Bardzo się ucieszyłem. Okazało się, że ma na imię Ela. Tego dnia miała urodziny i postanowiła, że wyciągnie ze skarbonki oszczędności i kupi sobie sama jakiś nieduży prezent. Tym prezentem byłem właśnie ja. Ela zapłaciła w kasie, schowała mnie do kieszeni w kurtce i czerwonym autobusem pojechaliśmy do mojego nowego domu. Był piękny, nieduży, ale ciepły i bardzo przytulny. Pachniało w nim ciastem był to przecież dzień urodzin mojej nowej przyjaciółki. Ela pokazała mnie swoim rodzicom. Tato przyjrzał mi się i stwierdził „O! Jaki śmieszny misiek”. Mama przytuliła mnie do ciepłego policzka i powiedziała „Ładny jesteś”. - A właściwie jak ty się nazywasz? - padło pytanie. Ela zaczęła się głośno zastanawiać: Uszatek, Puchatek, Misio. -Bumek! - odpowiedział zdecydowanie tato - Bo przecież jest burym miśkiem. I tak już zostało. Po południu odbyło się przyjęcie. Ze szkoły wrócili już Jasiek i Stasiek starsi bracia Eli. Byli bliźniakami. Nie do odróżnienia. Mieli rude czupryny i mnóstwo piegów. Przyszły też koleżanki Eli i jej babcia. Była to wesoła, siwa starsza pani. Na stole pojawił się ogromny czekoladowy tort z płonącymi świeczkami. Ela zdmuchnęła je oczywiście za pierwszym razem. Żartom i śmiechom nie było końca aż do późnego wieczora. I tak zakończył się pierwszy niezwykły dzień w moim nowym domu.
|
|